Zanim jako szesnastolatka rozpoczęłam naukę angielskiego w szkole, przeżyłam swoją pierwszą życiową lekcję języka. Lekcję, która trwa do dziś. Jako 12-13-letnia dziewczynka jeździłam na kolonie i obozy z dziećmi z różnych krajów: Węgier, Czechosłowacji, Wschodnich Niemiec, a nawet z Belgii
Pamiętam, jak z zaciekawieniem i determinacją próbowałam się z nimi porozumieć. Wcale nie przeszkadzało mi, że nie znałam angielskiego. Bałam się, ale nie zniechęciło mnie to. Byłam po prostu bardzo ciekawa tych dzieciaków – ich stylu życia, tego, jak spędzają czas, co lubią, jak postrzegają świat. Intuicyjnie wydawało mi się, że język to klucz, który pozwoli mi otworzyć drzwi do zupełnie nowych doświadczeń.
Zamiast zastanawiać się, czy dobrze mówię, po prostu próbowałam. Słuchałam MTV, znałam teksty piosenek, podpatrywałam, jak rozmawiają inni, i starałam się naśladować, zapamiętywać zwroty, które mogłyby mi pomóc. Słowa stawały się pomostem do nawiązywania kontaktów i budowania relacji, które trwały długo po powrocie z obozów. Mam wciąż w pudełku listy, które dostawałam od tych dzieciaków, oraz własne brudnopisy, gdzie próbowałam zapisać coś w obcym języku.

Dziś wiem, że to wtedy właśnie po raz pierwszy poczułam, że język to nie tylko zestaw słów i reguł gramatycznych. Angielski stał się moim oknem na świat. Choć nie znałam gramatyki, słownictwa ani zasad, miałam odwagę i ciekawość, by zbliżyć się do innych – i to okazało się wystarczające, by się porozumieć.
To były moje pierwsze lekcje języka. I choć zupełnie inne niż te, które przyszły później w szkole, były równie ważne, bo to wtedy poczułam, że nie trzeba znać wszystkich reguł, żeby zacząć się komunikować. A to, co naprawdę ważne, to ciekawość i odwaga, by próbować się dogadać. To przeświadczenie towarzyszy mi do dziś.
A jak było u Ciebie?
Pamiętasz swoją pierwszą rozmowę bez gramatyki – z potrzeby serca, a nie z podręcznika? Napisz w komentarzu – jestem bardzo ciekawa Twojej historii.



